scianolaz-po-pracy blog

    Twój nowy blog

    Rano po imprezie. Siedzimy w SKM, A. czyta instrukcję od nowego telefonu

    A: (mamrocze) Wpływ telefonu na rozrusznik serca

    Ja: Nie masz rozrusznika serca

    A: …Ooo, faktycznie..

    Dwa dni temu wyprowadziła się ode mnie współlokatorka. Mimo że właściwie od miesiąca jej nie widziałem, to w moim niedużym pokoju dodatkowe pół tony gratów było bardzo widoczne i komplikowało mi życie. A teraz wracam i pusto.

    Zebranie sił zajęło mi cały dzień, ale dzisiaj rano wreszcie wziąłem się do roboty.. I mam nareszcie względny porządek w pokoju, tylko moje rzeczy, dobrze pochowane.. Przestrzeń. Poczułem się z powrotem w pełni u siebie…

    Nad naszymi głowami codziennie lataja setki samolotów. Niektóre z nich zamiast przewozić ludzi czy towary rozpylaja nam nad głowami trujące substancje. Rozpoznać je można po smugach które długo zostają w powietrzu zamiast rozmyć się od razu. Dzieje sie tak od lat, a społeczeństwo jest niczego nie świadome. Wszystko to jest międzynarodowym spiskiem dążącym do osłabienia odporności wszystkich ludzi na świecie.

    Dobra teraz serio. Zainteresował mnie temat, czemu nie. Od dawna interesuję się wszystkim  co lata. Więc postarałem się rozłożyć to na czynniki pierwsze. Według „specjalnie przeprowadzonych badań” pierwsze chemtrailsy pojawiły się w połowie lat osiemdziesiątych. Czyli na moje oko mniej wiecej wtedy kiedy zaczęto wprowadzać silniki turbowentylatorowe. Cichsze, bardziej ekologiczne i oszczędniejsze. Nie wiem jak rozchodzą sie spaliny otunelowane zimnym powietrzem na wysokości 10.000 metrów, ale zakładam że troszkę inaczej niż normalnie. W badaniach składu opadów po chemtrailsach znaleziono mikrowłókna polimerowe. Tego troszeczke nie rozumiem. Że niby malutkie kawałki polimerów zrzuca się na ludzi z powietrza żeby im szkodziły? To juz cholera łatwiej sie nie da? No i ostatni, ale mój ulubiony argument: Skala operacji. Wyobraźmy sobie że każdego dnia nad jakimś terenem pracuje co najmniej 100 samolotów. To oznacza 200 pilotów i bliżej nie określoną liczbę załogi od oprysków. Setki ton paliwa. Obsługę naziemną. Składy substancji chemicznych na lotniskach. Ustalanie przebiegu tras z kontrolą naziemną. „Hem2501 do wieży Okęcie, czy mamy powolenie na start? Jakie mamy warunki pogodowe nad terenem oprysków, czy aby nie pada?” Hangarowanie maszyn. Faktury, wypłaty, przepływ pieniędzy na finansowanie wszystkiego. Ciężkie miliony codziennie wydawane na całą operację i tysiące zaangażowanych ludzi. Ja tego za chiny nie widzę, po prostu nie da sie ukryc i nie opłaca finansować.
    A teraz: Co Wy myślicie na ten temat? Może ktoś mnie przekona że to prawda? Chociaż chyba prędzej ja kogoś że bzdura, największy fake ostatnich dziesieciu lat…

    No dobra, macie rację, trochę się opuściłem.
    Tyle że w sumie nic szczególnego się po prostu nie dzieje. To może po kolei: Robota miała być, ale jakoś dalej nie ma. Reminiscencje „kryzysu”. Co prawda w sam kryzys średnio wierze, ale klienci uwierzyli. No i branża budowlano-alpinistyczna z deczka stoi w miejscu. Trzeba przeczekać… Za to współpraca z Gr0mem, Phono Faberami czy Reflinką kwitnie, technicznie i akustycznie ogarniam się coraz lepiej. Sama radocha, tyle że niestety, nie przynosi jak na razie pieniążka. Życie. Zobaczymy jeszcze co mi powiedzą na Serwach i w Żyrardowie.
    Z Serwami też lepsze jaja, bo nie wiem czy dam radę na nie zarobić. Jedyna nadzieja w jakimś zleceniu w ciągu najbliższego tygodnia. Ale jak wiadomo „Jeszcze tak nie było, żeby jaskoś nie było”, czyli jakoś radę damy. W ogóle plany wakacyjne w tym roku jakoś tak na wariata wychodzą.
    Za to zacząłem się bawić w Geocaching. Rozrywka bardzo ciekawa, opisana już dokładniej przez Lucę, więc ciekawych odsyłam do niej.
    Nie wiem co jeszcze przeoczyłem (Poza tym co chciałem przemilczeć) więc na razie kończę. Dalej będę pisał w miarę rozwoju wydarzen

    Na Beltane był jak wiadomo magiczny Gin, który miał spełniać życzenia. Minęło trochę czasu i życzenia faktycznie zaczynają się spełniać, czyli życie staje się jeszcze lepsze. (A już na pewno ciekawsze, zwłaszcza ostatnio)
    Spędzam strasznie dużo czasu u M razem z E.i dzieciakami. Istna komuna, nigdy nie wiadomo kto gdzie nocuje i co robi, ale jakoś trzymamy się w miarę razem. Co prawda beret mam zryty coraz bardziej, ale w pozytywny sposób. Zwłaszcza dzięki M. Hasło miesiąca brzmi: Life is just a ride….
    Z pracą wychodzi troche śmiesznie, zrezygowałem ze współpracy z firmą „Spiders”, ponieważ nie płaciła jak należy. Niestety z tego powodu mam teraz trochę przestój, ale już widać na horyzoncie fajne zleconko… Nareszcie niezależne od pośredników, którzy biorą większość pieniędzy nic dla nas nie robiąc. A Tibia ma szansę się rozkręcić!
    Mam w planach Bieszczady w te wakacje, więc trzeba nadgonić z robotą żeby wyjechać… Ale udać się musi, jak zwykle!
    Generalnie: Życie jest piękne i będzie jeszcze piękniejsze!! Just ride…

    Minęło Beltane, dopiero teraz faktycznie zaczynam czuć że żyję. Beltane co prawda wyszło tak sobie, ale to chyba tylko z winy mojego nastroju. Przede mną rejs, za mną dwa wypady z H. z linami i aparatem. Zdjęcia wyszły świetne, zabawy na ścianach co niemiara.. No i wreszczie zrealizowany zamiar H. żeby zejść na podłogę gazowni. W duecie jesteśmy nie do zdarcia!

    Dzisiaj wieczorem ruszam w rejs z Przechyłami, w sumie już najwyższa pora na żagle. Wypływamy o świcie, wracamy w niedziele. Krótko co prawda, ale warto…

    Inna, dziwniejsza sprawa: dowiedziałem się z sieci (jak zwykle za późno) Ze Pan Premier Donald Tusk postanowił wprowadzić rejestr stron zakazanych. Pomysł uważam za doskonały! Pod warunkiem tylko, że Pan Premier będzie mnie również przeprowadzał za rączkę przez ulicę, oraz podpowiadał jaki soczek mam w sklepie kupić. Kosmos generalny! W linkach po prawej radio Kontestacja, A ja zapraszam do dyskusji na ten temat w komentach. L. Z tego co wiem Ty coś już miałaś w tym temacie?

    Tak jakoś przez ostatni tydzień było mi generalnie w życiu źle. Z przyczyn w zasadzie subiektywnych: spodziewałem się wypłaty która będzie dopiero po świętach. Do tego się zaangażowałem uczuciowo i ostatecznie dostałem kopa. W takim razie najwyższa pora była pozamiatać sobie w głowie. Zapaliłem kilka świeczek, przemyślałem sytuację. Odpaliłem kompa i pograłem pod ostrą bojową muzę, dla odmiany nie myśląc. Zmieniłem minialnie wystrój pokoju, pomazałem trochę po ścianach. I wiecie co? Może i ten świat nie jest do końca taki zajebisty jak bym chciał, może nawet chwilami jest naprawdę do rzyci… Ale ja sobie cholera jak zawsze poradze. Wstałem, przeładowałem… I biegnę dalej.
    Go! Go! Go!

     
    Wróciłem z Łodzi. Co prawda kilka dni temu, ale dopiero teraz zaczynam powolutku jakoś tam funkcjonować. Wcześniej to była tragedia, kilka godzin po wstaniu z łóżka kładłem się z powrotem, jak bym miał z 70 lat. Odespałem, jest lepiej.  

    Całe to przemęczenie wynikało z trybu pracy w Łodzi, po 10 godzin dziennie to niby niezbyt wiele, ale cały czas na pełnych obrotach, pełnym skupieniu. I w ciężkich warunkach, wiatr potrafił nas przestawiać z miejsca na miejsce na rusztowaniu. Ostatecznie wymiękłęm, trzeciego tygodnia nie wytrzymam..

     
    Za to pobyt prawie dwa tygodnie poza Warszawą bardzo dobrze mi zrobił. Nie miałem żadnego prawie kontaktu z ludżmi, więc sprawy które zostawiłem za sobą w Wawie rozwiązały się niejako same, bez mojego udziału. Generalnie jast nieżle, niech jeszcze tylko wreszcie przyjdzie wiosna.. 

    Od ponad tygodnia siedzę w pracy w Łodzi. Wpadłem na weekend do domu, potem trzeba lecieć dalej, trzeba skończyc robote. Zniknąłem z rzeczywistości, zostawiłem calłą Warszawę za sobą.. Nawet nieźle mi to zrobiło. Wrócę tak do końca dopiero za jakiś tydzień, wtedy dopiero do końca wracam do mojego normalnego życia. 

    W Łodzi zacząłem słuchać „Grubsona” Totalnie nie w moim stylu ale ganialny jest i tyle. 

     

    Wlaśnie mi się zaczyna nawał zleceń którego się absolutnie nie spodziewałem. Przez jakiś czas będę żył w rozjazdach. Nigdy mi to nie przeszkadzało, tyle że teraz najpierw wolałbym pozałatwiać kilka rzeczy w Warszawie. Trzeba jeszcze pobiegać po ścianach z He, odebrać łuk od Hu, dorobić obiecane okładziny rękojeści dla Bagherry.. A tu nagle nie ma kiedy, zupełnie. Nawet ciężko powiedzieć żeby mi to jakoś szczególnie przeszkadzało, mogę spokojnie zająć się tymi sprawami po powrocie. 

    Jest tylko jeden, jedyny, maluteńki powód dla którego jakoś mnie nie ciągnie w rozjazdy. Takie bardzo ostrożne wrażenie że znalazłem coś, kogoś, kogo od dawna szukałem. A jak mi to wrażenie zaczyna kiełkować, to akurat mnie życie ciągnie w Polskę. Może to i lepiej, będę miał czas przemysleć wszystkie swoje reakcje na spokojnie. 

    Generalnie zapowiada się wściekle ciekawa wiosna..


    • RSS