Chciałbym móc powiedzieć, że nie miałem kiedy pisać. Niestety, po prostu nie bardzo jest ostatnio o czym.
Wreszcie mnie jednak ten stan rzeczy poirytował. Od Nowego roku siedzę na tyłku i rdzewieję. Liny to zaraz zapomnę jak wyglądają. Cóż, ja rozumiem, są roztopy, odśnieżać nie ma czego, na inne prace za mokro.. Ale, cholera, ile można nic nie robić!
Teraz, zamiast mieć co robić i zarabiać, nudzę się i popadam w długi.
Ja wiem, jak zwykle się wyrówna jak przyjdą zlecenia. Tylko trochę nie rozumiem jak to się dzieje. W zeszłym roku współpracowałem z jedną, fatalnie płacącą firmą. Śniegu i roboty było co nie miara. Teraz, jak zacząłem zarabiać na odśnieżaniu porządne dniówki, śniegu nie ma. Pech, klątwa, czy ki… członek.
Mam do odebrania jeszcze jedną wypłatę za zeszły rok u kolegi dla którego pracowałem. Zmienił numer telefonu, nowego nie odbiera, na maile nie odpisuje. No totalny opór materii normalnie.
Generalnie dopada mnie powoli chandra. Jajka na twardo pękają w garnku, torebki z herbatą okazują się dziurawe itd.
Macie jakieś metody na takie czasy? Bo mnie się chyba wyczerpały..