Miało mnie nie być 3 dni, a nie było mnie tydzień. Ale zrobiło mi to doskonale. 

Najpierw spóźniliśmy się na pociąg, więc 4 godziny czekaliśmy na nastepny. Potem pod Gdańskiem podmyło tory, ale akurat jak tam dojechaliśmy, to już się skończyły kłopoty z ruchem pociągów. Następnie noc u A. w Gdańsku i rano znowu do pociągu. Pociągiem do Słupska, z tamtąd po godzinie PKS do Rowów (W Słupsku Gr0m musiał jeszcze kupić sobie nowy statyw pod mikrofon i nowy kapodaster. Kapodaster dostał z końcówką do otwierania piwa) W końcu koło 18.00 byliśmy na miejscu. Zrzucić szybko bety i pora grać. Rano przed ósmą byliśmy już w PKSie do Słupska, potem pociąg Gdyni i „Tall Ship Race”. Prześliczne widoki, naprawdę. Potem do rowów, 20.00 koncert, koło pierwszej-drugiej w nocy spać i rano ja już zostałem. A Gr0m twardo, do Gdyni. Ja za to spokojnie sobie odpocząłem (Czytaj przebiegłem jakieś 2500 metrów i przepłynąłem kajakiem ostrą godzine). Wieczorem oczywiście nastepny koncert i w niedzielę rano znowu Gdynia. Tak w ogóle to mieliśmy pojechać do Gdańska i się zaokrętować na jakiś jacht, który płynął w paradzie. No, ale dzięki uprzejmości PKP TLK IC „Pobrzeże”, który musi w Gdyni stać 20 minut (bo tak) nie zdązyliśmy. Za to paradę obejrzeliśmy z brzegu. Też warto. Zanim wróciliśmy do kolejnego pociągu, postanowilśmy jednak coś zjeść.

A. miała straszną ochotę na śledzia w śmietanie, którego to nie dostała poprzedniego dnia bo w lokalu padł prąd ( A jak powiedział kelner, śledzia może nie trzeba smażyć, ale trzeba go… zobaczyć) Poszliśmy więc do rzeczonego kelnera w restauracji „Dwa światy” i już po pół godzinie złożyliśmy zamówienie. Trzy piwka, śledzik w śmietanie, pieczywko, rolmopsik, pieczywko czosnkowe z serem, „zielono-czerwone szaleństwo” (Nie pamiętam co to, ale Gr0m zamówił, bo mu się nazwa spodobała). Piwko pojawiło się w jakieś 5 minut. Popielniczki nie dostaliśmy („Brakuje, proszę na podłogę strząsać”) Po następnych minutach piętnastu przychodzi kelner i mówi że śledzika w śmietanie nie ma. Bo się skończył. I poszedł. A. postanowiła zjeść coś innego. Więc po następnych dziesięciu minutach kelner się pojawił. Jako że było juz trochę późnawo A. zastanawiała się czy jeszcze zamawiać. Chcieliśmy z Gr0mem argumentować że przecież my zaraz dostaniemy jedzenie ale… Kelner anulował całe zamówienie z powodu braku śledzika. W śmietanie kurwa. Ostatecznie wyszliśmy z lokalu głodni. Z trzema piwami w żołądkach. Menu w plecaku. Solniczką. Pieprzniczką też, a co. Zostało nam tylko iść do nielubianego przez nas lokalu przy dworcu i uciekać do pociągu.

Rowy. Koncert. I wreszcie w poniedziałek nawet Gr0m w Rowach został. Za bardzo mieliśmy dość. Pokręciliśmy się po miasteczku, zapaliliśmy sheeshę na plaży.. No takie tam urlopowanie. Oczywiście wieczorem znowu koncert, dla mnie ostatni.  We wtorek rano PKS do Słupska, bilet PKP TLK IC „Pobrzeże” z miejcówką na brak miejsca za 5 zeta, i po dziewięciu godzinach byłem w Warszawie.

Obliczeniowo w ciągu 6 dni spędziłem w pkp 24 godziny. Licząć według rozkładu jazdy. 

Mimo wszystko pomogło mi jak mało co. Co prawda teraz po powrocie jeszcze jestem w ogóle nieogarnięty, ale za to mam siłę. I mogę się brać za organizowanie sobie życia na nowo.